ks. Józef SobiszGłos prawdy o księdziu Józefie Sobiszu

Ci, co odeszli - pozostają. Żyją w pamięci tych, którzy zetknęli się z dziełem ich pracy i życia. I nieraz, paradoksalnie, wtedy gdy już ich nie ma, zyskują nowych przyjaciół. Zyskują ich poprzez swe dzieło oraz dobrą pamięć o sobie. Wypowiadając te słowa myślę o zmarłym przed czterdziestu sześću laty księdzu Józefie Sobiszu - proboszczu tutejszej parafii. Kim był kapłan, którego imię nosi Szkoła Podstawowa w Wysinie? Ksiądz Henryk Muszyński, dzisiejszy arcybiskup metropolita gnieźnieński, w obszernym wspomnieniu pośmiertnym zamieszczonym w Orędowniku Diecezji Chełmińskiej z 1959r. nazwał go kapłanem według serca Jezusowego, a ksiądz arcybiskup Edmund Piszcz człowiekiem wielkiej dobroci i uroku osobistego. Urodził się dnia 17 marca 1902 r. w Podjazach w pow. kartuskim. Wzrastał w zdrowej nacechowanej polskością i głęboką religijnością atmosferze domu rodzinnego. Rodzice dostarczyli mu wzorców szacunku dla ludzi prostych, życzliwości i wrażliwości na biedę. Po ukończeniu szkoły podstawowej kształcił się najpierw w gimnazjum w Kościerzynie, a następnie w słynnym gimnazjum w Chełmie. Decyzję o wyborze kapłaństwa podjął po maturze w 1921 r. i został alumnem Seminarium Duchownego w Pelplinie. Po czteroletnich studiach młody 23-letni diakon przystąpił do święceń kapłańskich, które otrzymał dnia 29.6.1925 r. z rąk księdza arcybiskupa A. Rosentretera. Różne były zagony w winnicy Pańskiej, na które wzywał go Bóg. Był wikariat w farze w Grudziądzu, Kowalewie, Skarszewach i Gniewie. Nawiasem dodam, że w Grudziądzu zginął zamordowany przez Niemców młodszy jego brat ksiądz Antoni. Była posługa proboszczowska w Brzeźnie i Pawłowie. Lata pracy duszpasterskiej w wymienionych parafiach pozostawiły trwałą pamięć o jego gorliwości i oddaniu dla Kościoła. W roku 1939 dekretem księdza biskupa Stanisława Okoniewskiego został instytuowany proboszczem w Wysinie. W krótkim czasie podbił serca tutejszych parafian swoją pokorą, prostotą i ewangeliczną dobrocią. Był wysokiego wzrostu, szczupłym, przystojnym mężczyzną. Poruszał się energicznie. Było coś żołnierskiego w jego zachowaniu. Także w sposobie mówienia. Wypowiadał się zwięźle. Uwagę przyciągała jego piękna twarz. Czarne płomienne oczy zawsze bacznie wpatrzone w rozmówce, pamiętają wszyscy, którzy mieli szczęście z nim się spotkać. Gdziekolwiek się pojawił zwracał na siebie uwagę. Promieniował od niego jakiś majestat. W każdym budził respekt i szacunek. Nigdy jednak nie kreował się na hieratycznego, wzbudzającego lęk dostojnika. Był dostępny dla każdego, kto chciałby z nim rozmawiać. Miał niezwykły dar łączenia prostoty i serdeczności. Takim go zapamiętali najstarsi mieszkańcy przedwojennego Wysina. Nieuchronnie jednak zbliżał się tragiczny dla Polski dzień 1 września 1939 r. Tego dnia o świcie niemieckie kolumny pancerne wdzierały się w głąb kraju. Za Wehrmachtem posuwały się oddziały specjalne dokonujące mordów przede wszystkim polskich elit: ziemiaństwa, duchowieństwa, nauczycieli i polityków. W wysińskim kościele Niemcy urządzili obóz przejściowy. Stąd okoliczni mieszkańcy wyruszali na poniewierkę, a często na śmierć. Przed pawilonem szkolnym stoi obelisk upamiętniający tamtą tragedię. Ksiądz Sobisz podzielił los wielu kapłanów. Został aresztowany wraz ze swoim wikariuszem księdzem Leonem Jankiem i skazany na śmierć. Bóg jednak nie zażądał od niego świadectwa krwi. Swoją niewzruszoną i zdecydowaną postawą zrobił wrażenie na oprawcach. Decyzję zmieniono, ksiądz proboszcz został skazany na wygnanie do Generalnej Guberni. Od tego czasu datowało się u niego gorące nabożeństwo do św. Judy Tadeusza, patrona od spraw beznadziejnych. Załadowany do towarowego wagonu, odbył wraz z innymi parafianami podróż w dalekie nieznane, a tym miała być Wólka Łysowska w diecezji siedleckiej. Tak rozpoczęły się smutne lata wojennej tułaczki. Jak zawsze chętnie udzielał rad szukającym jego przyjaznej dłoni i dodawał otuchy spragnionym słów pociechy. Dzięki jego znajomości języka niemieckiego i interwencji u okupanta, grupa młodych Polaków skazanych na rozstrzelanie za działalność podziemną uniknęła śmierci. Parafianie żyjący z dala od swego duszpasterza orędowali u Boga w jego intencji, darząc go wielką życzliwością. Nastał wreszcie maj 1945 r. Ksiądz Sobisz powrócił do ukochanego Wysina, co wywołało wielką radość mieszkańców. Okres powojennej pracy duszpasterskiej w Wysinie otworzył nową kartę w życiu księdza Sobisza. Czekało go zadanie niełatwe. Kościół zamieniony na magazyn domagał się gruntownej odnowy. W zdumiewająco krótkim czasie ksiądz Józef przywrócił jego prawdziwe przeznaczenie i budynek stał się ponownie domem modlitwy. Duszpasterz poświęcił się teraz całkowicie pieczy nad cząstką trzody Pańskiej, którą mu Bóg wyznaczył. Parafia była naczelnym przedmiotem jego troski. Starał się ją budować poprzez mszę świętą niedzielną, dobrze ukształtować duszpastersko i katechetycznie. Chrzcił, błogosławił związki małżeńskie, zachęcał do sakramentu pokuty, którego był niezmordowanym szafarzem i subtelnym kierownikiem sumień. Miał w swojej pieczy dzieci komunijne, chorym zanosił Pana Jezusa. Był znanym i cenionym kaznodzieją obdarzonym niezwykłym darem słowa. Jego kazania zawsze starannie przygotowane tak pod względem treści jak formy były dla słuchaczy niezapomnianym przeżyciem. Oczywiście niepełny byłby profil jego duchowej sylwetki, gdyby nie wspomnieć o kulcie Serca Jezusowego w jego życiu. Mówiono o nim, że to kapłan życiowy. Myliłby się jednak ten, kto tę "życiowość" chciałby rozumieć jako konformizm, pobłażanie dla postaw lekceważących wiarę i Boga. Otwarcie i wprost napominał błądzących. Był życiowy, rozumiał i umiał pochylić się nad biedą ludzką - tą materialną i moralną. Zdawał sobie sprawę także ze swoich niedoskonałości, nad którymi cierpiał, z którymi się zmagał, a które pochodziły raczej z temperamentu i nękającej go od lat choroby, niż z postawy życiowej. Był nieraz popędliwy, apodyktyczny i "przeraźliwie szczery". My z najbliższego otoczenia, którzy na co dzień doświadczyliśmy jak dobre i ojcowskie serce kryje się w tej pozornej powłoce szorstkości, kochaliśmy go serdecznie, on zaś radował się, że go rozumiemy. Homo verus. Prawdziwy człowiek, prawdziwy kapłan, który pomagał znaleźć nadzieję.

 

Człowiek jest istotą żyjącą w dwu porządkach - doczesnym i nadprzyrodzonym. Rolą Kościoła jest objęcie człowieka swoją opieką, oczywiście na miarę możliwości Kościoła, w tych obydwu wymiarach. Wiedział o tym dobrze ksiądz Sobisz i w tym okresie ujawnił się jego charyzmat społecznika. Znalazło to swój wyraz w działalności charytatywnej realizowanej w duchu solidarności i chrześcijańskiej miłości. Szukał wyjścia z trudnej sytuacji gospodarczej i ekonomicznej, i na miarę swoich możliwości starał się polepszyć warunki życiowe dotkniętej skutkami wojny parafii. W jego wzorowo urządzonym tzw. "księżowskim gospodarstwie" wielu miejscowych ludzi znalazło zatrudnienie i chleb powszedni. Wielkie święta kościelne były dniami jałmużny i uczynków miłosierdzia w jego parafii. Myślę, że kiedy wysyłał nas z darami do ludzi ubogich, miał na uwadze Chrystusowe: "Byłem głodny, a daliście mi jeść" (Mat. 25, 34). Zawsze przychodził z pomocą potrzebującym w sposób właściwy, szlachetny i taktowny. Na tej ziemi pozostanie tajemnicą, ile przekazał innym swego dobra, także tego materialnego. Podjął się też dzieła , które na zawsze miało go uwiecznić w pamięci mieszkańców Wysina. Jemu to bowiem zawdzięczają Wysiniacy elektryfikację wsi. Było to zadanie trudne, wymagające dużego zaangażowania, a czasy były powojenne. Niestety, wkrótce znowu zaczęły pojawiać się na polskim niebie czarne chmury. Ówczesna władza ludowa nie oszczędzała księdza. Nachodziła go, szantażowała, zastraszała i groziła. Ksiądz pozostał wierny przyjętym wartościom, nieugięty wobec przeciwności i nieuległy żadnym mirażom - zbyt dobrze znał "wiatr ze wschodu". Wreszcie nadszedł styczeń 1951 r. Urzędnicy skarbowi opieczętowali i zarekwirowali mu wszystko co posiadał - cały inwentarz żywy i martwy, a także rzeczy osobiste. Zgarbiony ciężarem myśli, które go dręczyły, mówił jednak do nas za Wergiliuszem: " Tu ne cede malis, sed contra audenetior ito" (Verg. Aen. VI 95). "Ty złemu nie ustępuj, lecz przeciw idź śmiało". Zegar sprawiedliwości lubi się spóźniać, ale jego godzina w końcu wybije. Apostoł Paweł napisał: "Wierny jest Bóg i nie pozwoli człowieka doświadczać ponadto, co ten potrafi znieść". Właśnie teraz, w latach 50-tych, owocem jego ofiarnej pracy duszpasterskiej były powołania kapłańskie w tutejszej parafii. W Wysinie spędzał swoje kleryckie wakacje i tu odprawił swoją mszę św. prymicyjną wspomniany już ksiądz arcybiskup Henryk Muszyński - oko w głowie księdza Sobisza. Ale z księdzem arcybiskupem jest podobnie jak z Homerem ' o … "Siedem grodów spór toczy o korzenie mądrego Homera". Chodzi mi po głowie zdanie zapamiętane na lekcjach greki. Tak, trzeba było widzieć księdza jak bardzo się znowu radował. Pan zwrócił ku niemu swoje oblicze i obdarzył swoją łaską i pokojem. Wreszcie należy parę słów powiedzieć o jego stosunku do szkoły i nauki. Wykształcenie i wychowanie młodego pokolenia leżało mu na sercu. Wiedział, że: "Taka będzie Rzeczpospolita, jakie w niej młodzieży chowanie" (Stanisław Staszic). Sam dobrze wykształcony mówił po niemiecku i francusku. W Generalnej Guberni włączył się w nurt tajnego nauczania. Był moim pierwszym nauczycielem łaciny. Wspierał nas, swoich uczniów, modlitwą i ofiarą pieniężną. Był dla nas prawdziwym mecenasem. My, jego uczniowie powtarzamy za Horacym: "Maecenas atavis edite regibus…" "Mecenasie, królów potomku, chlubo moja i szczytna obrono". W środowisku nauczycielskim był powszechnie znanym i szanowanym. Nauczycieli traktował z powagą i przyjaznym zainteresowaniem. Ksiądz Sobisz umierając w piękny październikowy dzień 1959 r. miał zaledwie 57 lat. Jego stosunkowo krótkie życie było niezwykle bogate. Wypadło mu żyć i pracować w czasach trudnych i z tego powodu jest nam szczególnie bliski. Zdaję sobie sprawę, że to piękne życie warte jest obszernej biografii. Tutaj, w migawkowym tylko skrócie pragnąłem przedstawić niektóre jego fragmenty. Myślę, że do niego odnieść można słowa z księgi proroka Daniela: "Mądrzy będą świecić jak blask sklepienia, a ci, którzy nauczyli wielu sprawiedliwości, jak gwiazdy przez wieki i na zawsze" (Daniel 12, 1-3).

Opracował: Władysław Mech